Wiecie co? Nie rozumiem tego całego zamieszania w okół Avatara, jaaaaki to jest świetny film. Niedawno na nim byłem i moje wrażenia są wprost przeciwne. Choć jakby się chwilę zastanowić to ja się za bardzo nie znam. ALE TO nie przeszkadza mi wyrazić swojego zdania o filmie.
Tym bardziej, że podszedłem do tego filmidła jako 'będzie zapewne dobry', z tego co mi mówili znajomi. Pojechałem do najbliższego kina w którym to aktualnie emitują z kolegami. Jak zwykle było wkurwiająco, bo wszyscy się pchają jakby w kinie były cztery miejsca na krzyż a starsze panie nie raczą przynieść większej gotówki niż masa groszówek aby kupić sobie bądź wnuczkowi bilet. To ostatnie, jak idzie się domyśleć, spowolniło wejście do budynku. No ale koniec o tym, bo rozmawiając z moimi znajomymi jakoś to zleciało.
O BOŻE, TO 3D! A CO Z RESZTĄ?
Tak się wydarłem wychodząc z kina, bo na emisji siedziałem cicho, z każdą minutą wyrabiając sobie zdanie.
Gra aktorka i muzyka były świetne. To muszę przyznać, nie wkuwam nazwisk aktorów i nie obczajam OST'ów z filmów więc nie będę sypał nazwiskami ergo nazwami utworów.
Efekty, paaanie, daj pan spokój, ogólnie są niezłe ale wydawanie pierdyliardów zamiast zrobić na prawdę ciekawy film jest chore. A 3d niebieskie elfy mnie rozjebały.
Fabuła w ogóle nie jest ciekawa, historyjki o miłości już dawno zaczęły mnie nudzić. Potem jeszcze główny bohater okazuje się wybrańcem(tani chwyt z jakiś tasiemcowych mang lol)... Ma na początku jakiś fajny cel ale potem ląduje w najbardziej cukierkowym filmowym świecie jakim ktokolwiek widział.
Bitwa na końcu filma - fajo, ale zostawiła furtkę do kontynuacji - jezu nie.
Ogółem, jak kogoś jara 3D Pocahontas to proszę bardzo.
To tylko utwierdza mnie w przekonaniu że amerykańskie filmy powyżej 2002 roku to ścierwo.
Tyle.